„Nigdy nie wierzyłam w
''przeznaczenie''. To było słowo rodem z Hollywood – klisza utworzona na
potrzeby sprzedaży romansideł i praw do filmów.
Miłość jak uważałam, to
ogólnoludzka obsesja zrodzona z desperackiego marzenia. Szukanie drugiej
połówki, połączenie przez gwiazdy,
przeznaczenie – wymyślono na to mnóstwo bzdurnych określeń. Ja jednak
sądziłam, że to tylko hormony, zwykła biochemia, zrodzone ze strachu przed
samotnością złudzenie, że można żyć razem długo i szczęśliwie.
Problem w tym, że Hollywood,
Stephenie Meyer i harlequiny mówią prawdę – przeznaczenie łączy ludzi.
Tylko nie rozumieją, że to wcale
nie musi oznaczać niczego dobrego.”
Poppy Lawson nigdy nie wierzyła w
prawdziwą miłość. Nigdy żaden chłopak nie zrobił na niej takiego wrażenia, by
chciała spędzić z nim resztę swojego życia. Sądziła, że dopiero po 19-nastce
znajdzie sobie odpowiedniego chłopaka.
Cóż, myliła się.
Przystojny, dobrze zbudowany, z
ciemną grzywą i hipnotyzującym spojrzeniem – poznajcie Noego. Od dnia, kiedy
Poppy go poznała, nic nie jest takie same.
Gdy trafiłam na tę książkę w
empiku, pomyślałam „Muszę ja mieć!”. Sama okładka i opis strasznie mi się
spodobały. Czułam, że to będzie świetna powieść.
Bardzo się cieszę, że się nie
myliłam.
Na początku trochę ciężko było mi
wpasować się w przedstawiony świat, w styl autorki i jej sposób pisania. Miałam
wrażenie, że na początku wolno szło jej rozkręcenie akcji. Na szczęście z każdą
następną stroną robiło się coraz lepiej. Ciekawsze akcje, dialogi, sytuacje.
Widać było, że Holly Bourne wreszcie odnalazła swój rytm.
Na początku myślałam, że będzie to
po prostu książka o miłości, w której dwie przeznaczone sobie osoby w końcu się
spotykają, zakochują w sobie i żyją długo i szczęśliwie.
Mimo że nie mam nic przeciwko
takim obrotom spraw, muszę przyznać, że Bourne bardzo pozytywnie mnie
zaskoczyła. Jako jedna z nielicznych przedstawiła miłość, jako coś złego,
uzależniającego i prowadzącego do zagłady świata. Chyba nikt nie spodziewał się
takiego rozwiązania.
Sama Poppy bardzo przypadła mi do
gustu. Ironiczna, sarkastyczna, z dziwnym poczuciem humoru, a przede wszystkim
nie wzdychająca do każdego napotkanego chłopaka. Dzięki jej charakterowi
mogliśmy naprawdę poczuć, jak bardzo zakochała się w Noem. To było dla niej coś
całkiem nowego, przerażającego ale i pięknego.
Oczywiście Noe, to chłopak,
którego każda z nas chciałaby mieć. Przystojny, inteligentny, zabawny,
troskliwy, romantyczny i bogaty. W chwili, gdy zakochał się w Poppy, wszystko
się dla niego zmieniło. Dzięki niej, stał się lepszą osobą i pokonał swoje
demony.
Zakończenia książki, kompletnie
się nie spodziewałam. Musiałam zaopatrzyć się milion chusteczek do nosa – a
wiecie, co to oznacza. Jednak myślę, że to było bardzo dobre zakończenie.
Idealne podsumowanie tej pięknej ale i niebezpiecznej miłości.
Po skończeniu „Przeznaczeni”
miałam jednego z moich dużych „kacy książkowych”. Leżałam przez chwilę ze
wzrokiem wbitym w sufit i jeszcze raz przeżywałam wszystko od nowa.
Jeśli lubicie historie miłosne,
ale takie nie całkiem piękne to polecam wam sięgnąć po „Przeznaczeni” Holly
Bourne. Nie zawiedziecie się!
Moja ocena: 9/10

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz